Muzyka elektroniczna: Finałowe Oxygene 3 domyka epokę

Jean Michel Jarre to ikona. Muzyk od lat sześćdziesiątych podążą własną drogą. Nie jest tak spójny jak Kraftwerk czy Robert Fripp z King Crimson.

Jarre nieustannie poszukuje i wyznacza nowe trendy.

Oxygene, Équinoxe i Magnetic Fields to pierwsze doświadczenia z dźwiękami analogowych syntezatorów, których doświadczali Polacy.

Później było równie dobrze. Genialna płyta Zoolook to kolaboracja z wybitnymi instrumentalistami i eksperymenty z samplerami. Rendez-Vous przenosi nas w świat klasycznej harmonii i pozycjonuje muzyka jako współczesnego klasyka. Revolutions to industrialne i etniczne motywy, które porywają do dziś.

W kolejnych latach jest gorzej. Muzyk do czasu pamiętnych koncertów na których odgrywa pierwszą płytę Oxygene, zdaje się zjadać własny ogon.

Jarre jest najlepszy gdy wyprzedza trendy. One powstają pod prąd ogólnemu nurtowi. Kochamy go gdy jest pierwszym europejskim muzykiem w Chinach, gdy umiejętnie gra kiczem i dysharmonią czy rzuca na kolana miliony podczas gry na laserowej harfie.

Drażni nas zapraszaniem glam rockowych gitarzystów, gwiazdorzeniem czy występami w Rosji Putina.

Najnowsze Oxygene 3 to esencja wszystkiego, co najlepsze w muzyku. Żadna jego płyta od czasów Équinoxe nie była tak mroczna i wciągająca.

Dźwięki, które przenoszą nas w czasy pierwszych Atari, programu Sonda i stanu wojennego. Płyta, która pozwala na nowo odkryć magię człowieczeństwa. Jarre w wielkiej formie, któremu wybaczamy wszystkie zbędne albumy i lata błądzenia. Oxygene 3 to najważniejsza płyta końca 2016 roku.